Zmiany w funkcjonowaniu mamy są niepokojące i nieodwracalne. Strach pomyśleć, co będzie dalej i żeby go okiełznać, należałoby uznać tę prawdę, by skoncentrować się na rozwiązaniach. Paradoksalnie jednak smutek może prowadzić do unikania, samooszukiwania. Bo jeszcze trudniejsze jest uznanie zmian, jakie zachodzą w ich relacji.
Pani Agnieszka nie ma rodzeństwa. Miała niespełna dziewięć lat, kiedy rozpadło się małżeństwo jej rodziców. Została z matką. Już jako dziecko potrafiła odczuć i docenić, jak niezawodną ma opiekunkę, jak może czuć się z nią bezpiecznie i we wszystkim na niej polegać. Matka była zawsze niezwykle zaradna, pracowita, wręcz niestrudzona. Żyły ze sobą na tyle blisko, że pani Agnieszka – już jako nastolatka – jasno zdawała sobie też sprawę z problemów, z jakimi na co dzień się mierzą. Była zmobilizowana, żeby szybko dorosnąć, zacząć pracować, usamodzielnić się i udowodnić matce, że ta nie musi się o nią martwić. Ich relacja pozostała silna i bliska, ale teraz tworzyły ją dwie niezależne kobiety.
Niepokojące zmiany
Zmiany zaczęły przychodzić subtelnie i pani Agnieszka nadal broni się przed przyjęciem ich w pełni do świadomości. Pani Bożena, jej matka, dziś siedemdzięsieciopięcioletnia, wciąż ruchliwa i pracowita, jest wulkanem energii. Da się jednak zauważyć, że celowość i efektywność jej działań bywa wątpliwa. Owszem, ruchliwa, ale nie zawsze konstruktywnie. Spieszy się, ale czasem w pół drogi nie wie dokąd i dlaczego. Przekłada przedmioty, gromadzi, coś oddaje według coraz bardziej zawiłego porządku. Pamięta wiele rzeczy z dalekiej przeszłości, ale nie potrafi przywołać jakiegoś faktu z wczoraj. Nie jest pewna, czy to, co zapamiętała z niedawnej wizyty u lekarza, jest prawdą, czy też jej umysł wygenerował opowieść w miejsce luki i niepewności. Przyznaje się do zaburzeń pamięci i koncentracji uwagi, a nawet przepraszająco dodaje:
– Najgorsze jest to, że potem coś zmyślam, gdy mnie pytają.
Pani Bożena mieszka samodzielnie. Córka ma dom w tej samej miejscowości, dogląda matki regularnie, ćwiczy tolerancję dla kolejnych dziwactw i czuje opór przed przekraczaniem pewnych granic. W końcu obie są niezależnymi, stanowiącymi o sobie kobietami, a dojście do tego etapu kosztowało je niemało starań. Niestety, nie da się już dłużej ukrywać, że od jakiegoś czasu wydatki pani Bożeny niewytłumaczalnie wzrosły. Pieniądze z emerytury kończą się znacznie szybciej, niż jeszcze kilka miesięcy temu, ale mama nie potrafi wyjaśnić, dlaczego. Dopytywana, reaguje niepokojem, napięciem, unika tematu. Dużo wskazuje na to, że ktoś nieuczciwy – a prezentujący się, jako miły sąsiad – przychodzi po pożyczkę, której nie zwraca.
To byłoby jak zdrada
– Nie wiem, co robić – mówi pani Agnieszka. – Gdyby chodziło tylko o te nieszczęsne pieniądze, natychmiast zrobiłabym z tym porządek. Ale ja nie chcę ingerować w swobodę mamy. To są jej sprawy, jej kontakty z ludźmi. Czułabym się też bardzo źle, gdybym miała skrupulatnie kontrolować wydatki, albo w ogóle przejąć i wydzielać mamie jej własne pieniądze.
Badamy wspólnie z panią Agnieszką, jakie myśli i uczucia wzbudzają się na samo wyobrażenie tej kontroli czy przejęcia i wydzielania maminych pieniędzy. Na powierzchni jest smutek i strach. Zmiany w funkcjonowaniu mamy są niepokojące i nieodwracalne. Strach pomyśleć, co będzie dalej i żeby go okiełznać, należałoby uznać tę prawdę, by skoncentrować się na rozwiązaniach. Paradoksalnie jednak smutek może prowadzić do unikania, samooszukiwania. Bo jeszcze trudniejsze jest uznanie zmian, jakie zachodzą w ich relacji.
– To byłoby, jak zdrada – rozpoznaje w końcu pani Agnieszka. – I już nigdy nie byłybyśmy równe sobie, szczere.
Ujawniają się tu zwykle chodzące w parze poczucie winy i żal. Jest wielce prawdopodobne, że to nieodłączni towarzysze tych, którzy angażują się w opiekę nad seniorem, będąc jednocześnie jego córką, synem, wnukiem, młodszą siostrą, młodszym bratem – spokrewnionym, do niedawna równym w relacji albo wręcz zależnym. Reagując praktycznie i adekwatnie na zachodzące zmiany i potrzeby seniora, przeżywają jednocześnie psychiczny konflikt. Chcą pomóc najlepiej, jak potrafią, ale też czują opór przed przykładaniem ręki do wszystkiego, co utrwaliłoby nową sytuację. Bo oto, np. matka, która była kiedyś gwarantem bezpieczeństwa, jawi się jako przegrana, pokonana przez starość i niedomaganie. Wydaje się, że wiadomo, co jest do zrobienia. Co z tego, skoro fale żalu i poczucia winy dławią i paraliżują.
Czy jestem synem, czy nadzorcą?
– Nie mam pewności, czy bardziej jej pomagałem, czy bardziej krzywdziłem – rozpamiętuje wciąż na nowo pan Mateusz. Jego matka nie żyje od dwóch lat. W miarę postępowania choroby otępiennej syn podejmował kolejne decyzje. – Przecież w końcu nie pozwalałem jej samej chodzić do sklepu, zabierałem kartę do bankomatu, kontrolowałem przyjmowanie leków. Byłem zmęczony i pogubiony. Pytałem czasem siebie, czy jestem synem, czy nadzorcą. A przecież byłem zawsze dobrym dzieckiem.
Wielu, którzy są opiekunami blisko spokrewnionymi z seniorami, doświadcza tego rodzaju bezradności i rozpaczy. Postronnemu obserwatorowi mogą się wydawać sprawnie działającym dorosłym – rzeczowym, zdecydowanym, przewidującym, nawet kategorycznym. Zwykle tylko oni wiedzą, że niekiedy wręcz łka w nich nieutulone dziecko. Prawdopodobnie jednak tej sytuacji nie da się ani inaczej opisać, ani inaczej przeżyć. To jej immanentne cechy. Być może przejrzenie się w tym lustrze zdejmie przynajmniej trochę ciężaru i poczucia winy? Być może stwierdzenie tego faktu, jako czegoś bardziej powszechnego, niż tylko nasze/moje osobiste, jednostkowe przeżycie doda trochę mocy, żeby przez to przejść? Niekoniecznie bohatersko, najmądrzej, czy niezwykle spokojnie, tylko tak, jak się da. Owszem, bez drogi na skróty i bez obejścia sytuacji.


