W pierwszym rzędzie tych, po których spodziewamy się opieki nad seniorami, są ich dzieci. Jedynacy skarżą się, że nie mają z kim opieki nad rodzicami podzielić i wszystko jest na ich barkach. Ci, którzy mają rodzeństwo, często są wyczerpani wzajemnymi oczekiwaniami, spodziewaniem się pomocy, osamotnieniem, niezrozumieniem, niedomówieniami lub wręcz kłótniami. Trudno usłyszeć dobrą opowieść o rodzinnej wymianie, o harmonijnej współpracy.
Wydaje się, że ta osobność rodzinnych opiekunów, którzy jednocześnie często dążą do jakiegoś ideału niezawodności, jest ich cechą charakterystyczną.
Aleksandra
– Koleżanka w nowej pracy uprzejmie zapytała, jak spędziłam weekend. Odparłam, że zmieniłam brata w opiece nad mamą. Była akurat moja kolej – opowiada Aleksandra.
Od razu usłyszała komentarz, że jest w uprzywilejowanej sytuacji, skoro ma brata, z którym dzieli opiekę. Przytaknęła grzecznie, choć tylko ona wie, że z bliska nie wszystko wygląda tak dobrze.
– Gdybym sama mogła zdecydować, starałabym się, żeby wokół mamy było więcej ludzi, także profesjonalnych opiekunów, asystentów osoby niepełnosprawnej, wolontariuszy – mówi Aleksandra. – Skorzystałabym z każdej takiej możliwości, także płatnej. Żeby wzbogacić codzienność mamy, aktywizować ją, ale też odbarczyć nas. Niestety, różnimy się w tej kwestii z bratem.
Otwarta rozmowa na ten temat szybko kończy się kłótnią, więc dla zachowania spokoju coraz rzadziej próbują. Milcząco ratują swoją relację. Aleksandra jedynie domyśla się motywów brata. Naczelnym jest przekonanie, że nikt nie zajmie się mamą tak dobrze, jak on. Przywykła już do jego cierpkich uwag po swoich „dyżurach”.
– Jednocześnie, przy całym oddaniu i zaangażowaniu, brat wewnętrznie nie pogodził się z sytuacją starości, choroby, niepełnosprawności mamy– dodaje Aleksandra. – Z kolei objawy demencji zwyczajnie go przerażają, zawstydzają i paraliżują. Zdaje się, że to jest jedna z przyczyn niewłączania kolejnych osób do opieki nad mamą. Wstyd, pomieszanie, podejrzenie, że ktoś tego nie zrozumie, oceni, wyprowadzi krzywdzące wnioski.
Krzysztof
U Krzysztofa z kolei jest tak, że chociaż o wiele lat młodszy od rodzeństwa, zawsze był najbardziej zaradny. Mama, nieco apodyktyczna, wychowywała ich twardą ręką. Musiała sprostać wszystkiemu sama. Krzysztof usamodzielnił się tak szybko, jak to było możliwe, choć i tak później, niż rówieśnicy. Brat z siostrą nigdy nie opuścili matczynego domu. On zdołał skończyć studia, założyć rodzinę, wybudować dom i nie przyznawał się sam przed sobą, że po prostu uciekł. Bo to była pozorna ucieczka – stale był w pobliżu, miał wgląd w sprawy i potrzeby rodziny pochodzenia, stale miał ich w głowie i dopomagał, załatwiając co ważniejsze, trudniejsze. Pocieszał się, że przynajmniej opieka nad matką nie spadnie na niego, skoro rodzeństwo nigdy się nie usamodzielniło. Niestety, diagnoza choroby Alzheimera u matki zadziałała, jak kurcząca się sprężyna.
– Jest tak, jak zawsze. Ze wszystkim zwracają się do mnie, kompletnie nie radzą sobie z opieką nad mamą – rozpacza Krzysztof. – Zbliżam się do pięćdziesiątki, podupadam na zdrowiu, nie daję rady w pracy, w małżeństwie też ciągły żal o moje zaangażowanie w rodzinne sprawy.
Ze swojej pozycji ratownika, obrońcy, Krzysztof nie widzi nawet możliwości, by w tym układzie coś zmieniać, żeby choćby z rodzeństwem porozmawiać i ustalić nowe zasady na potrzeby tego etapu życia.
Tak się ułożyło
– Nas jest czworo, moi trzej starsi bracia i ja – to sytuacja Katarzyny. – Wszyscy już zaawansowani wiekiem, jak to się ładnie żartuje: od dawna i stabilnie młodzi silversi. Wszyscy też z rodzinami, zobowiązaniami, sprawami, swoim zwyczajnym dorosłym życiem i zużyciem.
Przy niepełnosprawnej ruchowo, niesamodzielnej od wielu miesięcy mamie tymczasem ustalił się taki model opieki: w dni powszednie przy mamie jest jeden z braci, na dwie godziny każdego dnia przychodzi też prywatna opiekunka. W weekendy, święta oraz inne urlopy przyjeżdża Katarzyna, z oddalonego o około 100 kilometrów miasta, w którym mieszka i pracuję. Jest wtedy z mamą non stop, a płatna opiekunka i brat mają wolne. Na telefon, do konkretnych zadań, wzywa czasami drugiego z braci, w tygodniu pracującego za granicą. Trzeci brat mieszka na drugim końcu Polski, przyjeżdża okazjonalnie lub na alarm.
– Ten porządek ustalił się sam – zaznacza Katarzyna. – Myśmy go nie ustalali. Tak zaczęło wychodzić i tak się ułożyło w odpowiedzi na potrzeby. Chcę podkreślić, że nie mieliśmy w tej sprawie rodzinnej narady. Trwamy w tym, co jest, nie zaglądamy w przyszłość. Pewnie boimy się przed sobą coś ponazywać, zadeklarować. Po prostu, co jakiś czas przychodzi moja zmiana.
Na to nigdy nie jest się przygotowanym. Nawet gdy lekarze wyraźnie zarysowują niewesołą przyszłość, nawet gdy obserwuje się słabnięcie i pogarszanie kondycji z najbliższego bliska, to ten moment, gdy rodzic staje się zależny od swojej córki lub syna jest szokująco zaskakujący. I nie ma na to właściwego czasu. Do tego faktu ani się nie dorasta, ani nie jest się przestarzałym. Chyba mało jest doświadczeń, które tak zupełnie nic nie robią sobie z naszej adekwatności. Te historie na różne sposoby pokazują jeszcze jeden aspekt – trud wynikający z braku rozmowy, doprecyzowania zadań i ich podziału. Owszem, w stadzie siła, ale ludzkie stado opiera się na komunikacji. Rozmawialiście już?


