Jeszcze w zielone gramy

0
584

– Jakie to dziwne, że już czuję się tak, jakbym przeżywała żałobę – powiedziała do swojej matki pewna rezolutna nastolatka. A było to w sytuacji, gdy jej babcia przeszła udar, doznała niedowładu i zaburzeń pamięci. – A co jeszcze dziwniejsze, i tak wiem, że czeka mnie kolejna żałoba, kiedy babcia umrze.

Dziewczyna w bezkompromisowy sposób opisała bardzo ważny aspekt codzienności opiekunów/towarzyszy osób starszych. Obserwowanie zmian w zachowaniu bliskich nam seniorów, ich postępującej sztywności, niesprawności, niesamodzielności, zmian w wyglądzie czy przyjmowanie diagnoz o nieuleczalnych chorobach, to za każdym razem cios wywołujący kaskadę myśli i odczuć opisywanych jako charakterystyczne dla stanu żałoby. W różnych konfiguracjach mogą się pojawić niedowierzanie, złość, głęboki smutek, żal. Ponieważ osoba, z której stratą te emocje i myśli się łączą, wciąż żyje, opiekun może doświadczać emocjonalnego chaosu. Wewnętrzny konflikt będzie go dodatkowo obciążał w i tak już niełatwej roli. Aby go rozładować, rozstrzygnąć, sięgnie po samoobwinianie, albo – z drugiego krańca – po wyparcie lub zaprzeczenie. Chcąc utrzymać się w roli sprawnego opiekuna i właściwie odczytującego rzeczywistość człowieka, może karcić siebie za takie przeżycia, negatywnie oceniać, odbierać sobie do tego prawo lub ignorować je.

Przepisów na idealne reakcje brak, ale warto przynajmniej znormalizować sytuację. Bezsprzecznym bowiem faktem jest, że to zupełnie naturalny mechanizm psychicznego radzenia sobie z zaistniałymi okolicznościami. Przeżywanie stanów przypominających żałobę jest adekwatną reakcją na zmianę interpretowaną jako strata: utrata zdrowego, sprawnego, samodzielnego rodzica (innego krewnego, towarzysza życia), utrata relacji w znanym nam dotychczas kształcie, utrata cenionej przez nas wartości. Rozumienie, że tak może się zdarzać, zdejmuje odium dziwności, a z czasem może też kierować uwagę na dbanie o jakość wciąż jeszcze wspólnego czasu.

Wyjątkowo dotknięci tym rodzajem żałoby są opiekunowie osób z chorobami otępiennymi. Do licznych utrat, wymienionych powyżej, dochodzi jeszcze jedno – doświadczanie utraty ciągłości własnej tożsamości. Nierozpoznawani przez swoich rodziców, traktowani niekiedy oschle lub wrogo, jedyni depozytariusze wspomnień o wspólnych przeżyciach mogą czuć szczególną destabilizację.

– Mama rozmawiała ze swoją przyjaciółką, a obie cierpiały już na demencję. Zajęta czymś w pokoju obok, nagle zaczęłam się im przysłuchiwać z uwagą. Mówiły o mnie – opowiadała na sesji psychoterapeutycznej Iwona, na co dzień z oddaniem opiekująca się matką. – Zorientowałam się, że nic się tam nie zgadza, nic nie jest tak, jak ja zapamiętałam. A tyle sesji terapeutycznych było przecież poświęcone skutkom zdarzeń z wczesnego dzieciństwa, jakości moich kontaktów z mamą. Skoro ona nie jest już sobą, to kim ja teraz jestem?

Z gmatwaniną przeżyć niektórzy radzą sobie przez wskazanie winnego. – Alzheimer zabiera mi ojca każdego dnia – mówią na przykład.

Często pojawiają się opisy, że towarzyszenie osobie z demencją jest doświadczaniem jej odchodzenia za życia, umierania krok po kroku, żegnania się każdego dnia. Tym wyraźniej pokazują one, jakim wyzwaniem jest konfrontowanie się z naszą własną przemijalnością, śmiertelnością. Choć przemijalność i śmiertelność to niezbywalne cechą ludzkiej natury i w zasadzie doświadczamy ich stale.

W naszym cyklu „Opiekun, nie bohater” nie silimy się na proste recepty – bo trącą fałszem. Raczej skłaniamy do refleksji, do obejrzenia różnych aspektów roli człowieka zaangażowanego w opiekę nad seniorem. Tworzymy w ten sposób wirtualny krąg wsparcia, w którym mogą być zobaczeni także ze swoimi niepokojami. W tych bezpiecznych warunkach możemy usłyszeć, że nie da się umrzeć za życia, ale też nie da się powstrzymać przemijania i tracenia. I z tej perspektywy może warto poeksperymentować ze zgodą. Bo gdyby temu wszystkiemu przytaknąć, uznać, to po każdym pożegnaniu można z radością się przywitać. Gdyby nie przylgnąć do śmierci za życia, zostanie jeszcze całe życie przed śmiercią. Bo dopóki jeszcze w zielone gramy…, to przecież jeszcze w zielone gramy… Poddaję pod rozwagę.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj