Jest jak ślepa uliczka, jak nabieranie wody sitem, zatrzymuje w działaniu, odbiera poczucie sensu, obezwładnia ciężarem rozpaczy i beznadziei. Trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek mógł mieć pożytek z samoobwiniania. I bez naukowych badań na reprezentatywnej grupie dorosłych, pełniących rolę opiekunów swoich starzejących się rodziców można stwierdzić, że osoby te nagminnie przeżywają poczucie winy. Rzeczywistość, w jakiej żyjemy, bardzo temu sprzyja.
A jeśli coś przeoczę
Matka pana Marka choruje od lat, a na brak zdrowia skarży się jeszcze dłużej. Trudno było kiedykolwiek reagować na to adekwatnie, bez tej lepkiej mieszaniny troski i złości.
– Z czasem, gdy problemy stawały się rzeczywiste, coraz częściej czułem strach, że coś przeoczę, zbagatelizuję, zareaguję zbyt późno – mówi ze smutkiem. – Czasem nawet gorzko z tego żartowaliśmy. Mama stawiała nas do pionu i narzekała przy najmniejszym dyskomforcie. Prosiliśmy, żeby się opamiętała, bo ten stan ciągłej gotowości w końcu nas znieczuli.
Seria poważnych diagnoz ruszyła trzy lata temu. Reumatoidalne zapalenie stawów, patologiczna kruchość kości, choroba kardiologiczna, nakładające się na siebie skutki uboczne działania leków, w końcu zmiany demencyjne – to tylko część długiej listy, która i tak nie jest przecież żywym obrazem trudnej codzienności seniorki i opiekującego się nią syna. Dramatycznych zwrotów było już kilka. Pewnego razu kobieta zaczęła narzekać na nowy ból.
– Bolały obie nogi, ale może tylko kolana, czy raczej tylko prawe – pan Marek relacjonuje próby ustalenia, co się stało. – A może to ból pod kolanem? Mama porusza się przy chodziku, z trudem, więc ciężko było samemu zaobserwować znaczącą różnicę.
Wielu lekarzy – żadnej poprawy
Kilka wizyt u lekarza rodzinnego, pobyt na SOR, stosowane leczenie, które szło w kilku błędnych kierunkach, nie przyniosło – nie dziwota – poprawy. Pan Marek i jego rodzina dosłownie dwoili się i troili, żeby zaradzić sytuacji. Seniorka nie pomagała, wciąż inaczej opisując ból i okoliczności jego wystąpienia. Widoczne było jednak, że cierpi coraz bardziej. Gdy po sześciu tygodniach gehenny ustalono, co się faktycznie zadziało, szok odebrał mowę wszystkim zainteresowanym.
– Nie będę już tłumaczył, jaki splot okoliczności doprowadził w końcu do mamy kolejną lekarkę, która jako pierwsza nie tylko jej wysłuchała i nie ograniczyła się do orzeczenia, że czas pogodzić się ze starością – pan Marek z trudem ukrywa złość na stereotypowo myślących medyków. – Ale kazała jej się przejść, poobserwowała, podotykała stawy i stwierdziła, że lewa noga po prostu nie działa.
Miała rację. Prześwietlenie wykazało złamanie kości piszczelowej. Ortopeda ocenił, że operacja jest możliwa. Dzisiaj matka pana Marka z trudem, ale zaczyna znowu stawać przy swoim chodziku. Jej syn patrzy na te starania i niewyobrażalny wręcz hart ducha z rosnącą w gardle gulą poczucia winy. Że nie dość, że nie w porę, że też na to wszystko pozwolił – czyli typowe wyrzuty pod swoim adresem z repertuaru opiekuna-bohatera.
Poczucie winy
Ten tekst mógłby być o absurdach systemu ochrony zdrowia, o dramatycznych w skutkach przekonaniach medyków, którzy etykietują pacjentów i z pobłażliwością podchodzą do tych sędziwych. Na konferencjach medycznych specjaliści coraz częściej wzywają do tego, żeby z większą czujnością podchodzić do tzw. pacjentów 3 x W – czyli opisywanych przez wiele lat, wiele chorób i wiele przyjmowanych leków. Gabinetowa codzienność nie wchłonęła jednak tej wiedzy na zadowalającym poziomie, o czym świadczy choćby opisywany przypadek. Matka pana Marka i on sam, towarzysząc jej podczas badań, wielokrotnie odbili się przez te kilka tygodni od stereotypowych zachęt, by przyjąć, że lepiej już było.
Ten tekst jest o poczuciu winy, bo to z nim został pan Marek. Chociaż zrobił wszystko, co w jego mocy, a inni zawiedli czy po prostu popełnili oczywiste błędy. Jest o poczuciu winy, bo w rzeczywistości, która milcząco przyjmuje, że ktoś tam się tymi starszymi ludźmi w domach zajmuje, o taki stan ducha jest niebezpiecznie łatwo. Trudno zobaczyć, że chociaż tak wiele spoczywa na naszych barkach, to nie na wszystko mamy wpływ.
Poczucie winy jest jednak jak ślepa uliczka, jak nabieranie wody sitem. Zatrzymuje w działaniu, odbiera poczucie sensu, obezwładnia ciężarem rozpaczy i beznadziei. Trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek mógł mieć pożytek z samoobwiniania. Na dodatek działanie podejmowane w atmosferze poczucia winy czy motywowane nim, jest jak samospełniająca się przepowiednia. Każdy następny krok wydaje się tylko gorszy od poprzedniego i lawina katastrof toczy się z hukiem. Tylko ty, Człowieku, możesz powiedzieć sobie „stop”. Bo nie ma ciebie z czego rozgrzeszać. Podobnie, jak nikt ciebie nie rozlicza tak surowo, jak twój własny wewnętrzny sędzia.


